czwartek, 2 lutego 2017

Dzień który zmienił moje życie na zawsze!

Najbliższa rodzina doskonale wie z czym wiąże się dzisiejsza data.
2 lutego 2008 r zawarliśmy sakrament małżeństwa.

Niestety nie tylko z tego powodu uważam, że ta data to dzień, który zmienił moje życie na zawsze.
Poza szczęściem, które bez wątpienia powinno nam wtedy towarzyszyć wydarzyło się coś jeszcze. Coś, czego niestety nie potrafię SOBIE i IM wybaczyć.
Coś co sprawiło, że szczęście związane z dniem ślubu było, jest i już chyba zawsze będzie przytłumione i niepełne.


Ale zacznę od samego początku.

Przez 4 lata technikum bardzo się zżyłyśmy.
Byłyśmy jak papużki nierozłączki.
Były dla mnie jak siostry.
Tyle razem przeżyłyśmy.
Wiedziałyśmy o sobie wszystko.
Byłam pewna, że taka przyjaźń przetrwa wszystko.
Bo wtedy wierzyłam, że prawdziwa przyjaźń istnieje.
Ale w dniu ślubu, w dniu w którym ONE były dla mnie najważniejsze, ICH zabrakło.

Przyjaźń, która miała przetrwać "trzęsienie ziemi" nie przetrwała jednego głupiego smsa.
To był tylko jeden krótki sms.
Wtedy cholernie ważny dla mnie - przestraszonej i zagubionej Panny Młodej.
Teraz wiem, że zupełnie niepotrzebny.

Co sprawiło, że w jednej chwili tak piękna i wyjątkowa przyjaźń pękła jak bańka mydlana?
Poprosiłam te moje przyjaciółki, by zrozumiały mój strach i obawy i by nie przychodziły na tzw "butelki" w piątek, bo obawiam się bardzo wielu niespodziewanych gości i tego, że nie będę miała jak tych wszystkich ludzi pomieścić w mieszkaniu w bloku u rodziców.
Myślałam, że to zrozumieją.
Przecież były zaproszone na samo wesele, wtedy miały być przy mnie i myślałam, że nic złego się nie stanie jeśli dzień wcześniej nie przyjdą.
Ale myliłam się.
Powiedziały, że jestem dla nich ważna i chcą być ze mną nie tylko w sobotę, ale również w piątek. Tłumaczyłam się, przepraszałam ale od słowa do słowa i ....
Właśnie te osoby, którym tak bardzo na mnie zależało i na naszej przyjaźni, te które chciały przeżywać ze mną każdą chwilę nie przyszły w piątek NA MOJĄ prośbę, i nie pojawiły się w sobotę bo poczuły się zranione i niepotrzebne.

Dzisiaj mija 9 lat, a ja pomimo tego doskonale pamiętam ten dzień.
Byłam (i nadal jestem) szczęśliwa, bo kocham swojego męża ponad wszystko, ale nawet w momencie składania przysięgi rozglądałam się wokół i ICH szukałam. Do końca wierzyłam, że przyjdą.
Było wielu ludzi, których naprawdę bym się nie spodziewała.
Koledzy z klasy, ze szkoły i nauczyciele zarówno moi jak i męża. Znajomi z wioski, z bloków, niezaproszona rodzina - ogrom wspaniałych i oddanych ludzi. A ONE nie pojawiły się.
Wzruszona jestem nawet po tych 9 latach jak sobie tych wszystkich ludzi przypomnę.
Ale poza łezką szczęścia pojawia się również łza żalu do siebie i do nich.
Tylu ludzi było, a one się obraziły i nie przyszły.
Nie przyszły do kościoła, nie przyszły pod salę i nie cieszyły się moim szczęściem ze mną.

Zdecydowanie był to dzień który zmienił moje życie na zawsze.
Od tamtego czasu nie utrzymujemy ze sobą kontaktu.
Bardzo długo śniło mi się, że się spotykamy i zapominamy o wszystkim.
Jeszcze do niedawna żyłam nadzieją, że być może w końcu to się ułoży.
Tyle się w moim życiu dzieje, tyle razem przeżyłyśmy i tak bardzo chciałabym z kimś do tamtych czasów wrócić, ale nie mogę. Poza nimi w technikum nie miałam nikogo kto wiedziałby o mnie wszystko. Tylko z nimi miałam tyle wspólnych spraw.

Ale już się nie łudzę, już nawet nie marzę o tym, że spotkamy się i wrócimy do tego co było.
Najpierw przykry sms od jednej pseudo przyjaciółki. Później przypadkowe spotkanie w kinie i brak jakiegokolwiek tematu z drugą.
Teraz wiem, że czas o tamtym życiu i wspólnych sprawach zapomnieć na zawsze.

Nie wierzę w przyjaźń.
Boję się do kogoś zbliżyć za bardzo.
Bo kiedy za mocno się zaangażuję, to okropnie cierpię.
Moim najcudowniejszym i jedynym prawdziwym przyjacielem jest mąż (chociaż też potrafimy się bardzo ranić) i to musi mi wystarczyć. Mam nadzieję, że w przyszłości kiedy już dzieci będą starsze  to i oni będą moimi przyjaciółmi.

Mam nadzieję, że wraz z tym postem na dobre zamknę ten przykry rozdział rozczarowań ludźmi w swoim życiu.
Podobno przyjaźń której nie ma, nigdy nie istniała.
Po prostu jak zawsze, dałam się wykorzystać. Trudno. Były to cudowne chwile, które pozostaną w mojej pamięci, ale do których niestety nie będę miała z kim powracać.

Mam nadzieję, że Ty wspominasz lepiej dzień swojego ślubu.
A może miałbyś ochotę opowiedzieć mi o swoim jednym dniu który zmienił Twoje życie? Chętnie poczytam.

Podziel się swoją opowieścią w komentarzu lub napisz e-mail:
4razym.blog@gmail.com

Pozdrawiam cieplutko.

19 komentarzy:

  1. Jeju, to co to były za przyjaciółki, skoro tak prostej prośby nie potrafiły zrozumieć i uszanować?! Ale ja też na kilku takich niegodnych zaufania osobników w życiu trafiłam - i podobnie jak Ty nie wierzę w przyjaźń i już nigdy nikogo (poza mężem) przyjacielem nie nazwę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety ale najwidoczniej była to przyjaźń tylko w jedną stronę...

      Usuń
  2. Jak ja dobrze Cię rozumiem...Też kiedyś myślałam że prawdziwa przyjaźń przetrwa wszytko...
    Wszystkiego najlepszego,dużo miłości na kolejne lata!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może ta prawdziwa przetrwa, jeśli w ogóle takowa istnieje.

      Usuń
  3. Wiesz co? Ja myślę, że skoro taka "błahostka" Je od Ciebie odsunęła to nie były dla Ciebie prawdziwymi przyjaciółkami :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie były, a ja tyle serca i czasu im ofiarowałam.

      Usuń
  4. Przykro mi, to strasznie smutne :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pomimo upływu tylu lat nadal boli tak samo

      Usuń
  5. I gratulacje z okazji rocznicy ślubu! Wszystkiego dobrego dla Was :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak bolała Cie ta sytuacja. Kto, jak kto, ale przyjaciółki powinny zrozumieć sytuację. Ale podobno nie ma tego złego. W moim życiu, poza Mężem jest jedna osoba, którą nazywam przyjacielem. Kiedyś wydawało mi się, że dana raz na zawsze, ale przekonałam się, że o przyjaźń, jak o każdą inną relację trzeba dbać. Choć przyznaję, że gdzieś mnie w środku boli, bo w sytuacji kryzysowej moja Przyjaciółka dała za wygrana zamiast powalczyć. Na szczęście przetrwałyśmy, ale życie jest życiem, zmieniają się realia i widzę pewne tompnięcia i trochę się boję. Zobaczymy, co zmiany przyniosą. Ale zawsze mam przy sobie przyjaciela, jakim jest mąż. Swoją drogą czym są "butelki"? Traktować to dosłownie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas butelki to tzw polteram. Coś w rodzaju wieczoru panieńskiego lub kawalerskiego ale obchodzonego wspólnie z jeszcze narzeczonym tuż przed weselem. Ostatnie dni wolności.

      Usuń
  7. To zależy od tego kogo się ma przyjaciela .... też miałam "przyjaciółkę" do dziś mam czkawkę na wspomnienie o niej
    https://jagatoja.blogspot.com/2015/07/przyjazn.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ech.... lepiej nie miewać przyjaciół i za bardzo się nie angażować.

      Usuń
  8. Nie możesz zamykać się na przyjźnie bo kiedyś przeoczysz tą naprawdę prawdziwą.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale tak bezpieczniej. Za bardzo boli gdy się przed kimś otworzę a on się ode mnie odwróci, dlatego wolę nie miewać przyjaciół.

      Usuń
  9. Miska! Ty jeszcze to przeżywasz? Kto dziś nie jest Twoim przyjacielem nigdy nim nie był... A na moich butelkach Miska była, w ciąży z Michałkiem, tańcowała, wywijała i w rów wjechała:DDDD

    OdpowiedzUsuń
  10. ja tam w przyjaźń nie wierzę.....przykre

    OdpowiedzUsuń